Mimo, że ostatni
dni były dla niej straszne, próbowała walczyć ze sobą i uśmiechać mimo
przeciwności losu. Przeciwności, które miały nigdy się nie stać. Teraz, coraz
bardziej wątpiąc w to, co się stało, próbowała jeszcze bardziej wymazać z głowy
wszystkie przykre zdarzenia, które miały miejsce wcześniej. Wiedziała, że
wiązała swoją przyszłość z pracą, której nie każdy chciałby się podjąć, ale nie
sądziła, że ona będzie taka trudna. Tym bardziej, że nawet nie zaczęła uczyć
się w tym kierunku. Sądziła, że praca z dzieciakami, ludźmi w jej wieku, będzie
pestką. Myślała, że trudne dzieciństwo nie zostaje w duszy, tylko umyka gdzieś,
a człowiek zaczyna nowy rozdział bez żadnych wewnętrznych ran. Tak bardzo się
myliła.
Dziś był wtorek,
właściwie mijał, bo dochodziła osiemnasta, a Mair wychodziła z dodatkowych
zajęć z języka szwedzkiego, który, gdy się zapisywała, wydawał się świetnym
pomysłem. Teraz już mniej entuzjastycznie do niego podchodziła. Lekcje językowe
z ludźmi, którzy co chwila przekrzykiwali się, kto dłużej mieszkał w Szwecji
czy lepiej ją zna, stawały się irytujące. A szczególnie irytujące, kiedy twoje
myśli był zaprzątnięte czymś innym. Stanowczo bardziej ważnym niż durne
wbijanie słówek do głowy.
Centrum Języków
Skandynawskich mieściło się co najmniej siedem przecznic od jej mieszkania.
Stara kamienica wyznaczała linię między Rhondda Fawr a Fach, więc dojście do
niej zajmowała prawie półgodziny, autobusy rzadko pojawiały się na tej ulicy, a
gdy już się zjawiły były zapełnione albo nawet nie zatrzymywały się na
przystankach. To właśnie był powód dlaczego Mair chciała wrócić pieszo. Mimo,
że obawiała się, że kilka lamp, które słabym błyskiem oświetlały ulicę, nie
pomogę jej w razie napaści, wierzyła, że do tego nie dojdzie.
Kiedy przeszła drugie
skrzyżowanie, zdała sobie sprawę, że tylko jedno auto zauważyła, jedno, które
ciągle jechało kilka metrów za nią i na przemian zwalniało i przyśpieszało,
kiedy ona również. Obejrzała się niepewnie i usłyszała tylko „miała być
szczupła blondi wyglądającą na ostrą, ta?”. Kto, do jasnej cholery, ją tak
opisuje? Znajomi posługiwali się jej imieniem, ewentualnie powoływali się na
skórzaną, czarną kurtkę, kiedy mówi o niej. Nikt nie nazywał ją blondi, bo
niedawno po raz drugi zdecydowała się na rozjaśnienie swoich rudych loków.
Kolejny długi krok
do przodu, tak długi na jaki pozwalały jej wysokie botki, które teraz
przeklinała w myślach. Trzecie skrzyżowanie i usłyszała ciche hamowanie,
później dwóch nieznanych jej gości podskoczyło do niej. Stali po obu stronach
jej ciała tak, że nie mogła w żadną stronę uciec.
Niższy, ale nadal
wyższy od niej, zlustrował ją wzrokiem.
– Blondynka,
zielone oczy, szczupła, zgrabna, ładnie ubrana, posiadająca skórzaną kurtkę na St. Patrick Street przed osiemnastą –
wyliczył wszystko uśmiechając się szeroko, jednak w tym uśmiechu było coś co
przeraziło Mair. – Mieszkasz przy Cloe
Subbin Street? – kiedy tylko delikatnie kiwnęła głową i poprawiło nerwowo
swój szary komin, chłopak kontynuował: – mamy z tobą o czymś do pogadania. Będziesz
grzeczną dziewczynką czy dalej brnęła w to gówno, twierdząc, że nie masz czasu
na pogawędkę, co, Welsh girl?
Akcent, którym się
posługiwał zdecydowanie nie był miejscowym, nawet nie był walijski. Nosowy
wydźwięk wskazywał coś na Londyn albo na pewno Anglię. Więc z jakiej racji
miałby zainteresował się kimś z tak daleka?
– Nie mam czasu –
odpowiedziała tak hardo jak na to jej pozwoliła tonacja. Łudziła się, że
nieznajomi odczepią się od niej. Niestety.
Wystarczyły dwie
sekundy jak poczuła, że traci grunt pod nogami i leży na chodniku. Płaszcz stał
się już brązowy od mokrej ziemi, a spódniczka podsunęła się tak wysoko, że
pewnie zobaczyli kawałek jej czarnej bielizny. Natychmiast ją obciągnęła i
poprawiła zakolanówki.
– Laleczko, –
zabrał głos ten drugi – od nas nie ma ucieczki. A tym bardziej, kiedy nam coś
wisisz. Jeżeli nie oddasz tego czego potrzebujemy, wiedz, że zabierzemy sobie
coś innego. Coś o wiele bardziej cennego – kucnął przed nią i położył dłoń na
gołym udzie. – Zobaczymy się wkrótce, ślicznotko.
Później pociągnął
kumpla za ramię i samochód odjechał z piskiem opon.
Co się przed chwilą
stało?!
– Nie wiedziałem,
że Jamie lubi tak ryzykować – zaczął niższy, wygodnie usadawiając się na
miejscu pasażera i bawiąc się gałką, aby otworzyć okno. – Ma frajer tupet, że
taką laskę daje pod zastaw, nie, Mike? Taką to mógłbym… – urwał w połowie
zdania, widząc karcący wzrok Mike.
– Zamknij dupę,
młody, bo śliniąc się zaraz ci coś stanie, a ja nie będę się zatrzymywał, żebyś
się mógł chujem pobawić – warknął. – Podstawił nam tą laskę, to taka za niego
zapłaci. Nie obchodzi mnie jak, ale nie będę świętym, że towar rozdawać za
darmo. Lepiej, żeby spięła swój okrągły tyłek, za nim zabawimy się na poważnie.
Kiedy wbiegła do
domu, nawet się nie rozebrała, od razu rzuciła się do stacjonarnego telefonu i
wykręciła numer adwokata McLogana. Wiedziała, że pewnie nie odbierze, ale
okazało się jednak inaczej. Usłyszała w słuchawce głos starszego mężczyzny,
trochę znudzony głos.
– Adwokacie
McLogan, mówi Mair Doochan, chciałam się zapytać czy mogłaby odwiedzić Jamesa Bowera.
To bardzo dla mnie ważne, dlatego chciałaby zająć jak najszybszy termin.
Naprawdę to bardzo pilne.
Chwila ciszy, a
później znów głos adwokata rozległ się echem w jej głowie.
– Mogę panią umówić
na jutro w godzinach porannych, pan Bower za dobre sprawowania otrzymał
dodatkową godzinę wizytę, myślę, że będzie to dla pani na rękę, biorąc pod
uwagę jaka ważna jest dla pani ta wizyta. Zapewnie wie, pani, w którym areszcie
przebywa i jak wygląda procedura odwiedzin? – wydawał się już mniej przyjazny,
kiedy wątpił w Mair.
– Tak, wiem.
Dziękuję bardzo. Dowiedzenia.
Adwokat po prostu
odłożył głucho słuchawkę, nawet się nie pożegnał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz